Site Overlay

Historia Sławy i Izydora Wołosiańskich

Zawsze, gdy Sławę pytano – “Czemu Pani ratowała Żydów” odpowiadała: Ja? Żydów? Nie, ja nie ratowałam Żydów, ja ratowałam ludzi, przyjaciół, znajomych. “Miała Pani 24 lata, nie bała się Pani?” Czego tu się bać? Jak można zabić człowieka 39 razy, można tylko raz. Łatwo powiedzieć, jej historia jest w nas w każdym pokoleniu, jesteśmy Sławą.

Wybory, których dokonywała ta młoda dziewczyna wraz ze swoim przyszłym mężem Izkiem, wyznaczyły tory naszego życia, pozbawiły nas strachu przed nieznanym, były zalążkiem odwagi, która nas kształtowała.

Umierając prawie na naszych rękach w grudniu 2006 roku, powiedziała mi i mojemu mężowi Piotrowi, że się niczego nie boi, i że mamy nie odwoływać zaplanowanego na styczeń ślubu i wesela, bo ona tak chce i już. Chciała ratować ludzi – ratowała, chciała umrzeć, bo straciła wzrok – i umarła.

Mając zaledwie osiem lat przyszła do taty i powiedziała, że nie będzie chodziła na religię, bo jej się ksiądz nie podoba i… nie chodziła.

Urodzona w Borysławiu 9 lutego 1919 roku, jako drugie dziecko Ewy i Jarosława Skolskich, pytana o swoje imię zawsze odpowiadała – Kto do cholery daje dziewczynce imię po ojcu! Jakiś koszmar. Jej starszy brat Zbyszek, jak wybuchła wojna uciekł z domu i dołączył do armii Andersa i nigdy już do Polski nie wrócił. Do komunistycznej nie chciał. Dwa lata młodsza siostra Danusia, żyje i mieszka do dziś w Otwocku. Sława od dziecka miała dużą wadę wzroku, wołali na nią Ślepa Tiutia albo Kubuś.

Media:

https://www.polskieradio.pl/130/2788/Artykul/1145355,Czas-Sprawiedliwych

Tak sama opisuje wydarzenia wojenne:

Urodziłam się 9 lutego 1919 roku w Borysławiu, ale do szkoły poszłam już w Drohobyczu.

W 1937 roku zdałam maturę, mieszkałam wtedy z rodzicami, moja siostra chodziła jeszcze do szkoły. Wojna zastała mnie w Gdyni. Dosłownie ostatniego dnia sierpnia wracałam do domu. Brat Zbyszek poszedł na wojnę, nigdy nie wrócił do Polski. Był w niewoli niemieckiej a myśmy najpierw w straszny sposób przeżyli okupację radziecką, nie mogliśmy się do nich przyzwyczaić. Nie można nawet było  wyjść na ulicę. W 1941 roku wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, która zastała mnie nie w Drohobyczu ale we Lwowie. Pojechałam na ślub znajomej, ale nim dojechałam pociągiem było już po ślubie. Lwów był zbombardowany. Nie był bardzo zbombardowany, ale myśmy widzieli zbombardowany tramwaj. To było straszne. Rosjanie wycofując się wszystkich mordowali. Widziałam poniżanie Żydów, którzy musieli te trupy wynosić, bici kolbami, szarpani, kopani i rozstrzeliwani na ulicach, jeśli któryś zachowywał nie tak jak tego chcieli Niemcy. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu, ale przed grozą tej wojny nie dało się nigdzie uciec.

Jeden z pierwszych momentów, który zrobił na mnie straszne wrażenie miał miejsce na mojej ulicy. Wracałam od koleżanki, gdy nagle zobaczyłam jak Niemiec wrzuca malutkie dziecko na pakę a matka z drugim dzieckiem przy piersi usiłuje na tę pakę wejść. Po powrocie do domu potwornie płakałam i długo nie mogłam się uspokoić.

Następnego dnia poszłyśmy z siostrą do miasta, zobaczyłyśmy dziewczynkę, która do swojego odbicia w szybie mówiła: „Nie chciałaś jeść chlebka z masełkiem a teraz jesz skórki i Ci smakują”. Wracając do domu zobaczyłyśmy zgromadzenie ludzi, okazało się, że ponieważ mieli zabierać Żydów z naszej ulicy,cała rodzina nie chcąc dostać się w ręce Niemców otruła się.

W tym samym czasie, w domu mojej koleżanki, spotkałam mojego przyszłego męża, który przyjaźnił się z jej dużo starszym bratem. Mój mąż był starszy ode mnie o 11 lat i on zapoznał mnie ze swoimi przyjaciółmi Żydami. Zbierali się na ulicy Szaszkiewicza u jego dwóch przyjaciół Zajfertów. Tam poznałam większość ludzi, których potem ratowaliśmy przechowując ich w piwnicy. Między innymi była tam dwu albo trzy letnia dziewczynka Ania Lindt. Jej rodzice, gdy mogli się gdzieś schować to prosili żebym wzięła tę małą do siebie. Ona mówiła o sobie „czerwona jak pomidor, ruda jak marchewka”. Faktycznie, naszą ulicą, po domach chodzili Niemcy – po dwóch – szukali Żydów. Poprosiłam mamę i siostrę, żeby wyszły z domu, a Anię postawiłam po prostu w oknie. Pomyślałam, iż Niemcy nie będą podejrzewali, że można wystawić żydowskie dziecko w oknie.

Ja wtedy też byłam trochę ryżawa i Ania mogła uchodzić za moje dziecko. Tak się uratowała. Myśmy ją ratowali jeszcze kilka razy. Była najmłodszym dzieckiem w naszej piwnicy. W 1942 roku w Drohobyczu powstało getto.  Niestety żadnej szkolnej koleżanki nie udało mi się uratować. Jedna się uratwała, ale niezależnie od moich działań.

Wspólnie z Izydorem Wołosiańskim w 1942 roku zaczęliśmy pomagać. Jak była jakaś akcja, to on zabierał Żydów do piwnicy w warsztacie, w którym pracował. Wspólnie donosiliśmy im jedzenie przez dwa, czasem trzy dni.  Ja czekałam na podwórku a Izek zanosił im jedzenie. Jak powstało getto, ludzie którzy nie chcieli iść do getta lub nie mogli bo wiadomo było, że ich zaraz zabiją – czyli dzieci i ludzie starsi – postanowili się ukryć w kryjówce, którą przygotowała sobie jedna z żydowskich rodzin. Właścicielami tego domu przy ulicy Szaszkiewicza 9 byli Zajfertowie. Z pomocą pana Sztoka, który był parkieciarzem, stolarzem i bardzo dobrym rzemieślnikiem, zbudowali kryjówkę. Miał się w niej schować pan Sztok z żoną i dwójką dzieci i z nianią oraz rodzina Zajfertów. Młodym załatwili fałszywe aryjskie papiery, aby mogli wyjechać. Starsi Państwo Zajfert poszli do getta i tam zginęli. W kryjówce schowała się siostra Zajfertowej pani Hendlowa, która pracowała jako księgowa. Ona ukryła jeszcze swoją córeczkę i męża, który w ogóle nie mówił po polsku. Pan Sztok ukrył schował swoje dwie córeczki i gosposię. Ukryła się również pani Rosenbergowa, która też nie chciała iść do getta i jej córka Hela, która była świadkiem rozstrzelania jej ojca przez Niemców. W budynku, w którym znajdowała się kryjówka mieszkał z gosposią Niemiec treuhander (powiernik) Herzer. Dla nas to była okoliczność sprzyjająca, gdyż Niemcy raczej nie szukali Żydów w domach, w których mieszkali Niemcy. Pani Hendlowa miała codziennie chodzić do getta, jednak tego nie robiła i spała w naszym mieszkaniu. Korzystała z łazienki i miała u nas swój kąt, a przede wszystkim mogła się kontaktować z mężem i córką, którzy byli w piwnicy. Zejście do piwnicy było w naszym mieszkaniu między kancelarią a kuchnią. Jednak było to bardzo niebezpieczne. Kazałam zabić to wejście i zrobić wejście w parkiecie w kuchni. Zrobił to pan Sztok, wtedy on i jego żona jeszcze pracowali i tylko od czasu do czasu korzystali z kryjówki. Jeśli udało im się zdobyć coś do jedzenia, przynosili je do nas, ale główne jedzenie przynosiliśmy my. W tym czasie do ich mieszkania chciał się wprowadzić jeden Niemiec. Herzerowi z pierwszego piętra było to bardzo nie na rękę. Zaproponował mojemu mężowi, żeby sprowadził do tego mieszkania swojego ojca Mikołaja z córką Stefą. Ponieważ nie można ich było sprowadzić, postanowiliśmy się pobrać i zająć to mieszkanie. W dniu naszego ślubu 06 stycznia 1943 roku, w kryjówce przebywało już 14 osób.

Sława w I klasie szkoły podstawowej w Drohobyczu (dziewczynka, w białej bluzce, pierwsza z prawej strony)

14 osób to armia ludzi, ja robiłam zakupy codziennie w innym sklepie, nikt mnie nie znał,  przedtem gospodarstwo domowe prowadziła moja mama Ewa Skolska – więc nikt nie wiedział ile mam osób do wyżywienia. Nawet jak ktoś mnie znał to mówiłam, że robię zakupy dla rodziców lub dla koleżanki, która nawisem mówiąc – przechowywała w swoim miejscu pracy – 18 Żydów. Mąż jeździł na dworzec i jak się udało kupował od handlarzy kaszę i mąkę. Od dworca do nas było jakieś 3,5 kilometra więc tam i z powrotem jeździł dorożką. Wszyscy robili zapasy więc nikogo nie dziwiły większe zakupy. Ja starałam się, aby nikt nie widział moich zapasów, które tego samego dnia ginęły w piwnicy. W piwnicy był gaz, światło – mogli tam gotować – ale duże gotowanie odbywało się głównie w naszej kuchni. Ukrywający się w dzień spali. W nocy zaczynali żyć, myć się, jeść bo wtedy nikt ich nie słyszał. Niemca się nie baliśmy, ja byłam z nim w świetnych stosunkach, mówił świetnie po polsku, pochodził z Tarnowskich Gór. Mówił mi, że jego kochanka się boi, bo partyzanci są pod Drohobyczem. Mnie i mojego męża nie szykanował, ale dozorcę za to, że mu za późno otworzył bramę skopał tak, że dozorca zmarł. Oddał też do obozu człowieka, który zajmował się jego koniem. Jeździł codziennie konno, a tego człowieka zaprowadził na miejsce straceń do getta do Dachówczarni. Nikt się nie orientował, że u nas w piwnicy byli ludzie. Jakby ktokolwiek się zorientował to nas by już  nie było. Nawet moi rodzice i siostra Danusia nie wiedzieli, jedynie koleżanka szkolna, która miała na głowie ten sam problem, co my. Czasami sobie pomagałyśmy. Ona jak miała więcej jedzenia a nie mogła dostarczyć go swoim „podopiecznym” to przynosiła nam. Ja z kolei zasłaniałam się nią. Jak przychodziła Pani z mlekiem, to mówiłam, że biorę dla koleżanki, gdzie jest ich w domu pięcioro. W czasie okupacji ciężko było o jedzenie, jednak przeżyliśmy i nikt z głodu nie umarł.

W tym samym domu mieszkała jeszcze na aryjskich papierach pani Halina Ekierska – Żydówka – z ciężko chorym na gruźlicę mężem.  Pracowała na stanowisku, które poprzednio piastowała Pani Hendlowa. Podejrzewałam, że ktoś u niej jeszcze jest, bo w nocy słyszałam okropny kaszel. Przyznała się nam, że jest z mężem, Izek zaprowadził go do lekarza, ale było już za późno, aby mu pomóc. W krytycznym momencie zawołałam lekarkę, żeby przyszła do dziecka. Ona nic już nie mogła  mu pomóc, powiedziała, że to kwestia godzin może jednego dnia. Faktycznie, zmarł. Pani Ekierska rzuciła nam klucze i poszła sobie mówiąc: “Pochowajcie go!” Wróciła po trzech dniach i zabrała swoje rzeczy. Więcej jej już nie widziałam. Przeżyła, bo ludzie widzieli ją po wojnie. Noc, w którą chowaliśmy męża pani Ekierskiej była straszna.

W między czasie mój mąż wychodził do miasta. Co pewien czas wracał ze skruszoną miną, wtedy wiedziałam, że będziemy mieć nowych ludzi. Trzeba było poinformować tych na dole, żeby szykowali nowe miejsce, to znaczy, żeby kopali ziemię i chowali ją między dwie podłogi. Pomiędzy naszą podłogą a podłogą techniczną było 25 centymetrów, tam wrzucali ziemię z nowo powstałej komórki, dla następnych lokatorów. Tam nie było wysoko, dorosły  nie mógł się wyprostować, małe dzieci mogły z trudnością wstać – musieli leżeć. Mieliśmy dużo książek, starałam się dawać im coś do czytania, panie robiły jakieś robótki, szyły, dużo czytali, grali w karty i kłócili się przy nich. Jeden z nich zwany kapitanem, któremu się wydawało, że jest Panem życia i śmierci przyszedł do mnie na górę i mówi: “Sława na Dziumka wydałem wyrok śmierci”. To był starszy pan, w wieku mojej mamy. Odpowiedziałam, mu “Panie Doktorze, ja was ratuję od śmierci  a pan mi mówi, że na kogoś wydał wyrok śmierci? Jak pan chce wykonać ten wyrok?” Oczywiście nikomu się nic nie stało, on był takim trochę „rozpętkiem”. Raz panie się pokłóciły, oblały wodą. Trudno było wytrzymać w tej ciasnocie. Schodziłam czasem na dół, mój mąż częściej schodził i grał z nimi w karty. Ja zdecydowanie rzadziej. Najpierw byłam w ciąży potem pilnowałam dziecka.

 

W takich warunkach, 4 sierpnia 1943 roku urodziła się moja córka, w tym czasie było już u nas około 30 osób.

W piwnicy nie było kanalizacji, trzeba było usuwać kubły z nieczystościami, wodę trzeba było donosić. To było straszne, bo mój mąż musiał przejść wąskim korytarzem kilkanaście metrów i w nocy mógł go ktoś zauważyć jak wychodzi z kubłami i jak wchodzi do piwnicy. Powiedziałam mu, niech oni kopią i dokopią się do tych naszych. Byli na tej samej linii, oni byli pod kuchnią a tamta druga grupa pod jadalnią. Powiedziałam, niech kopią. Tamci nie wiedzieli, a my nie mieliśmy odwagi im powiedzieć, że za chwilę dostaną następnych 5 osób. Oni się dokopali, to zdziwienie jednych i drugich, tych co kopali, że mają światło, gaz, wodę i tyle ludzi. A tamci, że się ktoś do nich dokopał. Tak się skompletowało 39 osób. I to zdaje się oni byli ostatni. Tak trzeba było żyć dalej.

To trwało i trwało, każdy dzień i każda chwila niosły niebezpieczeństwo.Tak, ale człowiek się do pewnych sytuacji przyzwyczaja. Jak nic złego się nie działo, nie szukali Żydów na mieście, to ja śpiewałam kołysanki mojej córce. Oni wiedzieli, że jak ja śpiewam to jest wszystko dobrze. Jak nie śpiewałam, to byli zaniepokojeni.

Sława i Izydor Wołasiańscy z córką Anną

Tak sobie żyliśmy, aż dowiedziałam się, że jedna z pań jest w ciąży. Zaczęliśmy czekać, Rosjanie byli już wtedy pod Tarnopolem, front się jednak zatrzymał. Kobieta, która była w ciąży urodziła dziecko. Niestety nie żyło, zostało pochowane między dwoma podłogami. W piwnicy było trzech lekarzy, urodziła naturalnie, bez żadnych komplikacji.

Jakiś czas po tym zdarzeniu dowiedziałam się, że moja najlepsza przyjaciółka Hela, którą poznałam w czasie wojny, też ma rodzić, a tak naprawdę dowiedziałam się o tym jak już urodziła. Niestety ona urodziła, nie zeszło łożysko, była ciężko chora, oślepła. Poprosiłam wówczas ukrywających się lekarzy, m.in. dr.Miszla o jej zoperowanie. Odpowiedzieli, że nie mają narzędzi, zaoferowałam się, że ja je zdobędę, ale i tak odmówili operacji. Przypomniałam sobie, że jest człowiek nazwiskiem Watenrot, który z racji swojego zajęcia – był ogrodnikiem – ma dobre kontakty z Niemcami i być może będzie mógł pomóc. Zadzwoniłam do niego i umówiłam się na spotkanie. Powiedziałam, że chodzi o moją znajomą, która wyszła z lasu, urodziła dziecko i trzeba ją zoperować. Załatwił wszystko. W ostatniej chwili lekarz stchórzył i kazał jej wracać do domu. Ostatkiem sił dotarła do nas. Ja w tym czasie zawiozłam Anię do mojej mamy. Robiłam tak zawsze w sytuacjach stwarzających niebezpieczeństwo. Po powrocie znalazłam Helę nieprzytomną na progu naszego domu. Byliśmy pewni, że to już koniec nas wszystkich. Dozorca ją widział, była w szpitalu, wówczas „nasi” lekarze zrobili naradę i powiedzieli, abyśmy wyszli z domu a ich zostawili własnemu losowi. Myśmy powiedzieli, że to jest wykluczone. Ja nie mogłam sobie wyobrazić, że Niemcy przychodzą i wyciągają z piwnicy 39 osób, w tym siedmioro dzieci. Powiedzieliśmy, że to wykluczone i zostajemy. Zabieg przeprowadzono, Hela po kilkunastu dniach odzyskała wzrok.

 

Hela po latach urodziła syna Jurka, niestety po śmierci męża – wiele lat po wojnie – nie potrafiła bez niego żyć i popełniła samobójstwo. Była w nich wojna. Jurek nie utrzymuje z nami kontaktu, mam w domu jego książki do nauki angielskiego i spodnie narciarskie, najpiękniejsze na świecie mimo, że męskie…

Wręczenie medalu w Yad Vashem

Czerwiec 1943 roku, czekaliśmy na zbliżający się front. Niemcy zaczęli uciekać, pewnego razu poszłam na zakupy z moją koleżanką Staszką, z którą się wówczas przyjaźniłam, coś nas ze sobą łączyło, jechały czołgi niemieckie i do nich było coś przywiązane. Ja mówię: „Co to jest, czy oni śpią w tych czołgach?” i nagle odzywa się człowiek w niemieckim mundurze i mówi płynną polszczyzną – “Tak wracają bohaterowie z frontu.” Z tym człowiekiem zetknęłam się jak pracowałam w odlewni żelaza.

Przez jakiś czas tam pracowałam – do czwartego, piątego miesiąca ciąży – później przestałam. Już po wojnie okazało się, że to był Polak – szpieg z Drohobycza. Pracując w odlewni, na prośbę mojego męża, dawałam Auswaissy, takie zaświadczenia, że pracują. Nie wiem ile ich wydałam, wszędzie podpisywałam się panieńskim nazwiskiem – Skolska.

Zawsze jak wracaliśmy do domu przychodziliśmy najpierw do kancelarii, gdzie czekała na nas Pani Hendlowa, żeby przekazać nam, czy coś się wydarzyło. Pewnego razu poinformowała mnie, że czeka na mnie jakiś pan w mundurze Feldżandarma, Niemiec, ja struchlałam.

“Czy Pani się nazywa Wołosiańska z domu Skolska?”

Odpowiedziałam – tak.  Nie będziemy tu rozmawiać, mówi do mnie po niemiecku, porozmawiajmy w Pani mieszkaniu. Jak weszliśmy do mieszkania on mówi najczystszą polszczyzną, że został zrzucony jako cichociemny i ma do wykonania w Drohobyczu zadanie. Wówczas w Drohobyczu znajdowała się największa rafineria nafty Polmin, zdaje się, że nawet w Europie. Miał on przygotować plan bombardowania Polminu. Był z wykształcenia inżynierem i przyjacielem brata mojego męża (Aleksandra Wołosiańskiego), pracowali razem w fabryce samolotów w Lublinie. Miał do mnie tylko prośbę, żebym schowała mu gdzieś teczkę z dokumentami. Oprócz kryjówki z ludźmi, mieliśmy jeszcze skrytkę pod tapczanem, tam też schowałam jego teczkę. Miał się po nią zgłosić za dwa tygodnie. Powiedział mi też jak do mnie trafił. Otóż, kontrolując ludzi jadących pociągiem spotkał kobietę, która legitymowała się dokumentem podpisanym przeze mnie, spytał kto dał jej ten dokument a ona potwierdziła, że dała jej Wołosiańska. Przyjaźnił się z bratem mojego męża, z którym przeszli całą kampanię wojenną i we Francji się rozdzielili. Męża brat pojechał do Maroka a on do Anglii. Był kilkakrotnie zrzucany, nie  pamiętam jego nazwiska, ale na imię miał Stefan. Przyszedł we wtorek, już w cywilu. Powiedział, że w środę w następnym tygodniu mamy słuchać radia BBC, będą pozdrowienia od Stefana. Faktycznie były. Myślałam, że to już koniec tej historii, a jednak nie, jak mieszkaliśmy już we Wrocławiu, wracałam z córką ze spaceru i gosposia mówi do mnie, że jakiś Pan na mnie czeka. Wchodzę, a tu faktycznie czeka jakiś mężczyzna i pyta: “Nie poznaje Pani Stefana?” On nie mieszkał we Wrocławiu, odnalazł nas.

Było jeszcze wiele innych przygód. Nie należeliśmy z mężem do żadnej organizacji bo ja nie lubię nad sobą reżimu. Mieliśmy własną prywatną organizację i swój własny reżim.

Sława w Yad Vashem przy swoim drzewie w Alei Sprawiedliwych

Można zadać pytanie „Jakie były motywy tego działania – czysty humanizm i życzliwość dla ludzi?” Jednak dzień po dniu groziła nam i tym ludziom, którzy ukrywali się w naszej piwnicy – kara śmierci.

Na początku, jak zdecydowaliśmy się to robić, w naszej kryjówce było 7 osób, co miałam im powiedzieć – wyjdźcie? I patrzeć jak ich rozstrzeliwują czy też dowiedzieć się, że ich rozstrzelali na najbliższej ulicy czy w Bronicy, gdzie znajdowało się główne miejsce kaźni . To było jakieś 6-7 kilometrów od Drohobycza, las, w którym rozstrzeliwano Żydów. Jednego dnia przyszła kobieta, bardzo dobra znajoma mojego męża, która wygrzebała się spod sterty zabitych, cała zakrwawiona i w błocie, zbudziła nas rano – może była piąta może czwarta rano. Chcieliśmy ją u nas schować, ale ona nie chciała. Powiedziała, że ma papiery aryjskie i jedzie do Lwowa, tylko ją jakoś niespodzianie złapali. Prosiła tylko, żeby mogła się wykąpać i przebrać. Nie wiem, co się z nią dalej działo, czy przeżyła. Nigdy się już do nas nie odezwała.

Jak to się zaczęło, to trzeba było już brnąć, nie było odwrotu, chyba, żeby się skazać na wieczne wyrzuty sumienia. Może by się udało a myśmy z tego zrezygnowali. Mieliśmy tylko jedną zasadę, nigdy nie weźmiemy za to pieniędzy. Ani grosza. To musi być bezinteresowne, bo inaczej to się musi rozlecieć.

Potwierdzeniem tych słów jest jedno zdanie w książce Henryka Grynberga “Drohobycz, Drohobycz” ….

Kiedyś przyszła do mnie moja koleżanka, która też pomagała ludziom, powiedziała nam, że jest jeden jubiler ze Lwowa, który daje woreczek brylantów za ukrycie ale powiedziałam jej wtedy: „Stasiu, nie gniewaj się ale niech on za te brylanty szuka kogoś innego” U nas wtedy było już 39 osób. Nie było naprawdę miejsca szczególnie, że on cierpiał na klaustrofobię, nie miałam gdzie go ukryć. W mieszkaniu narażałabym innych. Zresztą ja nie chciałam pieniędzy, nie chciałam niczego. Chciałam dać ludziom i sobie życie. Siebie też chciałam uratować.

Jak wyglądał każdy normalny dzień?

Ja byłam w domu, mąż pracował, wychodziłam często na zakupy. Nasz dom przy ulicy Szaszkiewicza był u zbiegu ulicy Grunwaldzkiej. Za każdym razem jak wracałam, patrzyłam, czy przy naszej ulicy nie ma zbiegowiska. Sprawdzałam, czy coś się nie stało, może tych ludzi zabierają. Jak nic się nie działo wracałam spokojnie do domu. Przynosiłam jedzenie. Wypijałam coś i wracałam  na zakupy, i tak cały dzień. Jak urodziło się dziecko, to chodziłam z dzieckiem, cały czas kursowałam tam i z powrotem, żeby kupić jedzenie. Drohobycz był rozległym miastem. Od końca do końca miasta było jakieś 6 km, sklepów było sporo, oczywiście nie było jakiś luksusowych towarów. Później zaczął się problem, część ludzi już nie miała pieniędzy. Trzeba było zmusić pozostałych, żeby na tych innych łożyli, niektórzy się buntowali, ale ja powiedziałam dość ostro – „ trudno wszyscy muszą przeżyć, nie mogą umrzeć z głodu”. I tak się uratowali. To trwało 22 miesiące – od września 1942 roku do sierpnia 1944 roku.

04 sierpnia 1944 roku, jak moja córka Ania skończyła rok, na jej pierwsze urodziny, z wielkim hukiem do Drohobycza weszli Rosjanie.

Świadectwo Sławy