Na to pytanie Sława zawsze odpowiadała tak samo. Gdy dopytywano, czy się nie bała, wzruszała ramionami: „Czego tu się bać? Człowieka można zabić tylko raz.”
Przed wojną

Sława Skolska urodziła się 9 lutego 1919 roku w Borysławiu jako drugie dziecko Ewy i Jarosława Skolskich. Imię dostawało jej długo, wołała: „Kto do cholery daje dziewczynce imię po ojcu!” Do szkoły chodziła już w Drohobyczu, maturę zdała w 1937 roku. Miała starszego brata Zbyszka i dwa lata młodszą siostrę Danusię. Nosiła grube okulary, przyjaciółki wołały na nią Ślepa Tiutia albo Kubuś. Nikt nie przeczuwał, że ta krótkowidzka, uparta dziewczyna stanie się jedną z najbardziej niezłomnych postaci wojennego Drohobycza.
Wybuch wojny zastał Sławę w Gdyni, dosłownie ostatniego dnia sierpnia 1939 roku wracała właśnie do domu. Brat Zbyszek poszedł na wojnę, trafił do armii Andersa i do komunistycznej Polski już nie wrócił. Rodzina przeżyła najpierw sowiecką, potem niemiecką okupację.
Okupacja
W czerwcu 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej, Sława utknęła we Lwowie, dokąd pojechała na ślub znajomej. Wracając, zobaczyła pierwsze sceny, które na zawsze wryły się w jej pamięć: wycofujący się Rosjanie mordowali wszystkich po drodze, a żydowscy mężczyźni bici kolbami musieli wynosić ciała na ulice. Niemcy wkraczali, demolując porządek świata.
Na własnej ulicy w Drohobyczu widziała, jak żołnierz wrzuca małe dziecko na pakę ciężarówki, podczas gdy matka z niemowlęciem przy piersi desperacko próbuje za nim wejść. Wróciła do domu potwornie płacząc. Następnego dnia, mała dziewczynka mówiąca do swojego odbicia w szybie: „Nie chciałaś jeść chlebka z masełkiem, a teraz jesz skórki i ci smakują.” Nieco dalej; zbiegowisko na ulicy. Żydowska rodzina, wiedząc że za chwilę przyjdą po nich Niemcy, wspólnie się otruła.
W domu koleżanki Sława poznała Izydora Wołosiańskiego, starszego od niej o jedenaście lat, zwanego przez wszystkich Izkiem. To on wprowadził ją w krąg żydowskich przyjaciół zbierających się przy ulicy Szaszkiewicza u rodziny Zajfertów. Wśród nich była dwu- lub trzyletnia Ania Lindt, rudowłosa i niespokojnie rezolutna. Mówiła o sobie: „czerwona jak pomidor, ruda jak marchewka.”
Gdy Niemcy zaczęli systematycznie przeszukiwać domy, rodzice Ani poprosili Sławę, żeby wzięła dziewczynkę do siebie. Sława, sama trochę rudawa, postawiła małą po prostu w oknie. Rozumowała krótko: Niemcy nie będą podejrzewać, że ktoś wystawia żydowskie dziecko na widok publiczny. Sposób zadziałał. Ania przeżyła.

W 1942 roku w Drohobyczu powstało getto. Sława i Izek postanowili działać. Kiedy zaczynała się kolejna „akcja”: łapanka lub deportacja, Izek ukrywał znajomych Żydów w piwnicy warsztatu, w którym pracował. Donosili im jedzenie przez dwa, trzy dni. Ona czekała na podwórku, on schodził na dół z jedzeniem.
Wkrótce akcje przestały być okazjonalne. Rodziny, które nie chciały lub nie mogły trafić do getta, głównie dzieci i osoby starsze, bo te zabijano natychmiast, potrzebowały stałej kryjówki. Właścicielami kamienicy przy Szaszkiewicza 9 byli Zajfertowie. Stolarz i parkieciarz pan Sztok, razem z żoną, dwójką dzieci i nianią, wykonał w niej kryjówkę: ukryte przejście i podziemna komórka, do której wejście zamaskował w parkiecie kuchennym. Młodym z rodziny załatwiono fałszywe aryjskie papiery, żeby mogli wyjechać. Starsi państwo Zajfert poszli do getta i tam zginęli. W kryjówce schowała się za to siostra Zajfertowej, pani Hendlowa, księgowa, wraz z córką i mężem, który w ogóle nie mówił po polsku. Dołączyli też pan Sztok z dwiema córeczkami i gosposią oraz pani Rosenbergowa z córką Helą, która na jej oczach patrzyła, jak Niemcy rozstrzeliwują jej ojca. Sława kazała zaślepić pierwotne wejście między kancelarią a kuchnią właśnie po to, żeby nikt postronny go nie zauważył.
Pani Hendlowa miała codziennie meldować się w getcie, ale tego nie robiła, zamiast tego nocowała w mieszkaniu Wołosiańskich, korzystała z łazienki i miała tam swój kąt, skąd mogła się kontaktować z mężem i córką ukrytymi w piwnicy. To ona czekała na Sławę i Izka w kancelarii za każdym razem, gdy wracali do domu, żeby od razu powiedzieć, czy coś się wydarzyło.
W budynku mieszkał Niemiec, treuhänder Herzer. To był paradoksalny atut: Niemcy rzadko szukali Żydów w domach, gdzie kwaterowali rodacy. On nie prowadził przykładnego życia, miał kochankę, więc sąsiedzi nie będący Niemcami byli mu na rękę, ze Sławą był wręcz w świetnych stosunkach. Ta sama bliskość ujawniała, jak niebezpiecznym człowiekiem potrafił być: dozorcę, który zbyt późno otworzył mu bramę, skopał na śmierć, a stajennego, który zajmował się jego koniem, sam zaprowadził na miejsce kaźni w getcie. Herzer zaproponował Izkowi, żeby sprowadził ojca z siostrą do sąsiedniego mieszkania. To okazało się niemożliwe, więc Izek i Sława postanowili pobrać się i samemu zająć lokal. Ślub wzięli 6 stycznia 1943 roku. W piwnicy pod ich nowym mieszkaniem ukrywało się już czternaście osób.
W tym samym domu, na aryjskich papierach, mieszkała jeszcze pani Halina Ekierska, sama Żydówka, z ciężko chorym na gruźlicę mężem, którego ukrywała osobno, we własnym mieszkaniu. Sława podejrzewała, że coś jest nie tak, gdy w nocy słyszała przez ścianę okropny kaszel. Kiedy pani Ekierska w końcu się przyznała, Izek zaprowadził chorego do lekarza, było już jednak za późno. Mąż zmarł tej samej nocy. Pani Ekierska rzuciła im tylko klucze i słowa: „Pochowajcie go!”, po czym zniknęła na trzy dni. Noc, w którą go chowali, należała do najstraszniejszych, jakie zapamiętała Sława.
Życie w piwnicy
Przez kolejne miesiące liczba mieszkańców piwnicy rosła. Izek co jakiś czas wracał do domu ze skruszoną miną; Sława wiedziała, że oznacza nowych lokatorów. Ci w piwnicy kopali wtedy ziemię i chowali ją między dwie podłogi, tworząc miejsce dla następnych. Przestrzeń była tak mała, że dorośli nie mogli się w niej wyprostować, a dzieci wstawały tylko z trudem. Żyli leżąc.
Sława chodziła codziennie na zakupy, za każdym razem do innego sklepu, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Nikt nie wiedział, ile osób ma naprawdę do wyżywienia, nawet znajomym mówiła, że kupuje dla rodziców albo dla koleżanki. Mąż jeździł dorożką na dworzec, skąd wracał z workami kaszy i mąki. Zapasy znikały tego samego dnia w piwnicy. W kamienicy funkcjonował gaz i elektryczność, ale duże gotowanie odbywało się głównie w kuchni Wołosiańskich. W dzień ukrywający się spali, w nocy piwnica ożywała: myto się, jedzono, grano w karty, kłócono się. Jeden z mężczyzn, zwany kapitanem, który uważał się za pana życia i śmierci pozostałych, przyszedł kiedyś na górę oznajmić Sławie, że wydał wyrok śmierci na współlokatora imieniem Dziumek. Odpowiedziała mu krótko: „Panie doktorze, ja was ratuję od śmierci, a pan mi mówi, że na kogoś wydał wyrok?” Nikomu nic się wtedy nie stało, ale ciasnota i strach robiły swoje, kłótnie i napięcia były codziennością.
4 sierpnia 1943 roku, w środku tej całej tajemnicy, Sława urodziła córkę Anię. W piwnicy przebywało wówczas około trzydziestu osób. Dziecko stało się nieoczekiwanym systemem ostrzegania: gdy nic złego się nie działo, Sława nuciła córce kołysanki, a ukrywający się na dole wiedzieli, że mogą być spokojni. Kiedy przestawała śpiewać, od razu się niepokoili.

Wkrótce potem dwie grupy ukrywających się, nieświadomie kopiąc z różnych stron, przebiły się do siebie. Zdumienie po obu stronach ściany było wzajemne. Tak skompletowała się ostateczna liczba: trzydzieści dziewięć osób, w tym siedmioro dzieci, przez dwadzieścia dwa miesiące, od września 1942 do sierpnia 1944 roku.
Pod koniec ukrywania się jedna z kobiet w piwnicy okazała się być w ciąży. Front sowiecki stał już wtedy pod Tarnopolem, ale zatrzymał się na wiele miesięcy. Dziecko urodziło się martwe i zostało pochowane między dwiema podłogami piwnicy. Na szczęście poród, mimo warunków, odbył się bez komplikacji, bo wśród ukrywających się było aż trzech lekarzy.
Najtrudniejszy poród przeżyła jednak Hela, najbliższa przyjaciółka Sławy z czasu wojny. Po porodzie nie zeszło jej łożysko, dostała ciężkiej gorączki i oślepła. Ukrywający się w piwnicy lekarze odmówili operacji, bo nie mieli narzędzi, a Sława, choć zaoferowała się je zdobyć, i tak usłyszała odmowę. Wtedy przypomniała sobie o niejakim Watenrocie, ogrodniku mającym dobre kontakty wśród Niemców, i przekonała go, żeby załatwił lekarza z zewnątrz. Operację niemal zerwano w ostatniej chwili, gdy sprowadzony lekarz się przestraszył, ale Hela dotarła do domu o własnych siłach i zabieg w końcu przeprowadzono. Po kilkunastu dniach odzyskała wzrok.
Przez pewien czas, będąc w ciąży, Sława pracowała też w odlewni żelaza. Na prośbę męża wystawiała tam Auswaisy, czyli zaświadczenia poświadczające zatrudnienie, które chroniły ich okazicieli przed wywózką, podpisując się zawsze panieńskim nazwiskiem Skolska, żeby nie dało się ich powiązać z Wołosiańskimi. Nie wie, ile ich w ten sposób wydała.
Zdarzyło się też, że do ich mieszkania trafił człowiek przedstawiający się jako Stefan, polski cichociemny, zrzucony z zadaniem rozpoznania rafinerii Polmin w Drohobyczu, jednej z największych w Europie. Przyjaciel brata Izka jeszcze sprzed wojny, poprosił tylko, żeby schowała mu teczkę z dokumentami, w skrytce pod tapczanem, obok kryjówki z ludźmi. Umówili się na sygnał: pozdrowienia dla „Stefana” w audycji BBC. Sygnał nadano. Lata później, już we Wrocławiu, ten sam człowiek odnalazł Sławę pod jej nowym adresem, tylko po to, żeby się przywitać.
W tym wszystkim obowiązywała jedna niepodważalna zasada: nigdy nie brać za to pieniędzy. Gdy pewnego razu koleżanka, która także ukrywała Żydów, przyszła z propozycją od zamożnego jubilera ze Lwowa, oferującego worek brylantów w zamian za schronienie, Sława odmówiła bez wahania. Tłumaczyła później krótko: liczba ukrywających się i tak sięgała już trzydziestu dziewięciu osób, miejsca nie było, a poza tym nie chciała niczyich pieniędzy. Chciała dać ludziom, i sobie, życie.
Wyzwolenie
4 sierpnia 1944 roku, dokładnie w pierwsze urodziny córki Ani, do Drohobycza z wielkim hukiem wkroczyli Rosjanie. Dwadzieścia dwa miesiące ukrywania w piwnicy dobiegły końca. Trzydzieści dziewięć osób, które przez ten czas żyły leżąc, w ciemności i pod stałą groźbą śmierci, doczekało wyzwolenia.
Ocaleni

Wśród trzydziestu dziewięciu osób, które przetrwały dzięki Sławie i Izkowi, byli między innymi członkowie rodzin Hendel i Sztok, pani Rosenbergowa z córką Helą oraz mała Ania Lindt, ta sama dziewczynka, którą Sława kiedyś postawiła w oknie, żeby ukryć ją na widoku. Każda z tych osób ma własną, osobną historię ocalenia i powojennych losów.
Pełny rejestr trzydziestu dziewięciu ocalonych, wraz z ich biogramami i historiami rodzin, można znaleźć na stronie Historia Ocalonych.